17.07.2016

Prolog „Sklep, jaskółka, pies”

Darg było nieznośnie małym miasteczkiem położonym nad południowym wybrzeżem Fiore. Z racji swoich małych rozmiarów, nieczęsto coś się w nim działo. Mieszkańcy z reguły wiedli zaplanowane, ułożone, zawsze równie monotonne życie. Spokojna atmosfera przytłaczała, chciało się od niej spać; bałwany leniwie obijały się o piaszczysty brzeg, wiatr dmący od oceanu otulał kamienne chatki i szarpał ubraniami ludzi, mewy nieustannie wyśpiewywały swoje melodie, które tylko one potrafiły zrozumieć.
W mieście nie było żadnej gildii magów, nieliczni przedstawiciele tej profesji przeważnie wybywali do większych miast, a reszta utalentowanej ludności zaopatrywała się w sklepie „Jednoskrzydła”. Jednoskrzydła była jednym z tych nikłych rodzinnych interesów, które funkcjonują już od pokoleń. Właśnie dlatego, mimo że nie była zbyt dochodowa, jej właściciel nadal sprzedawał magiczne przedmioty, które jego syn sprowadzał z większych miast.
Maur był sędziwym człowiekiem. Jego najlepsze lata przeminęły już dawno, odznaczając się na pobrużdżonej i pełnej przebarwień skórze. Niegdyś włosy czarne jak krucze pióra, teraz były białe jak śnieg. Mimo to był bardzo żywotny. Nienawidził siedzenia w miejscu, zawsze coś robił – porządki w sklepie, zamiatał ulicę przed nim, a najchętniej oddawał się pogawędkom z mieszkańcami Darg.
Wiele osób – zwłaszcza dzieci – pytały skąd taka, a nie inna nazwa sklepu. Maur opowiadał wtedy dobrze znaną sobie historię, którą usłyszał od swojego ojca, a ten od swojego. I tak przez wiele pokoleń.
— Jaskółka — mówił zwykle starzec, spoglądając w niebo. — Z powodu jednej jaskółki.
Starzec głęboko wierzył, że te ptaki były wysłannikami bogów, a jako dowód zawsze wskazywał ich rozszczepiony ogon, który miały sobie nadpalić w trakcie przekazywania ludziom ognia. Maur był wychowany w poszanowaniu dla jaskółek, a opowieść, przez którą jego sklep nazwano Jednoskrzydłą, wyjątkowo przypadła mu do gustu.
Ojciec nie raz opowiadał mu jak to któryś z ich przodków ośmielił się zapolować na jaskółki. Chciał je złapać i zamknąć w żelaznej klatce, by zaszantażować bogów. Udało mu się spotkać rodzinę oknówek. Na jego szczęście był świadkiem śmierci rodziców trójki piskląt, z czego najmłodsza ptaszyna nadal była jeszcze nieopierzonym podlotkiem.
Były bez jakiejkolwiek ochrony, więc łowca rzucił się, by je schwytać. Starsze z jaskółek były bardzo waleczne i nie miały zamiaru poddawać się zwykłemu łotrzykowi. Pewne, że bogowie je wesprą, rzuciły wyzwanie łowcy. Człowiek ten początkowo miał problemy ze schwytaniem ich, ale był dumnym magiem. Właśnie za pomocą swej magii schwytał trójkę ptasząt. Dwójka z nich oddała swoje życia, by ich najmłodsza siostra mogła żyć na wolności – z dala od żelaznych prętów klatki.
To był dla niej cios. Sami bogowie zapłakali nad osieroconą dzieciną. Na oczach magach wyrosły jej piękne piórka. Młoda jaskółka rozpostarła skrzydła i pierwszy raz w życiu wzbiła się w powietrze, pozostawiając po sobie smugę żalu i bólu po stracie rodziny.
Z błogosławieństwem bóstwa natarła na łowcę. Był oczarowany, a jednocześnie przerażony jej magią, której zapragnął dla siebie. Już wiedział, że ucałowana przez eter jaskółka będzie dużo bardziej pożyteczna. Schwytał ją z sercem przepełnionym zazdrością i jak w amoku odciął jej jedno skrzydło.
Młoda jaskółka zaśpiewała żałośnie. Straciła rodzinę oraz wstęp do podniebnego królestwa, które było jej spuścizną. Przeklęła maga, a wtedy przejęci jej udręką bogowie, zabrali ją do siebie.
Maur westchnął, chowając utarg do drewnianej skrzyneczki. Był zadziwiająco duży jak na to miasto. Oczywiście starzec był szczęśliwy z tego powodu, ale wiedział, że taki stan rzeczy już się nie powtórzy – na pewno nie w najbliższej przyszłości.
— Ach, ta biedna jaskółeczka — mruknął do siebie. Upewniwszy się, że skrzynka jest dobrze zamknięta, wstał z krzesła i powoli zaczął się zbierać do wyjścia. Zapadł już zmrok, a on sam od co najmniej godziny powinien był już być w domu. — Biedna, biedna.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że te wszystkie wydarzenia były stekiem bzdur. Jednak miał już tak stary umysł, że po prostu musiał szukać ukojenia w podobnych historiach. Uspokajały go i radowały wszelkie legendy. Często słuchał opowiastek dzieci, które przychodziły z nim porozmawiać.
Pochował rzeczy, pogasił światła, a pudełko z utargiem schował do plecaka, który natychmiast założył na przygarbione ramiona, na których swoje piętno odcisnęły czas i ciężka praca. Wyszedł ze sklepu i zamknął go porządnie, ignorując natarczywe drżenie rąk. Ostatni raz rzucił okiem na szyld Jednoskrzydłej, a następnie ruszył dobrze sobie znaną trasą do domu.
Mieszkał na drugim końcu miasteczka, ale Darg było tak małe, że pokonywał ten dystans w dwadzieścia minut. Przynajmniej kiedyś, bo teraz, pomimo swojej ruchliwości, Maur stracił krzepę, a jego ruchy się spowolniły.
Mina pewnie zaczyna się martwić, pomyślał z lekkim uśmiechem. Muszę się spieszyć.
Droga przez Darg była równie monotonna, co zawsze. Nieliczne latarnie oświetlały główną ulicę, w niektórych domostwach paliło się światło. Przechodząc obok jednej kamienicy Maur usłyszał nawet głos chłopca, który ostatnio poczęstował go ciastem. Uwielbiał dzieci i miał z nimi naprawdę dobry kontakt.
Elektryczność w tym odciętym od świata miejscu często płatała figle, więc mężczyzna wcale się nie zdziwił, gdy w pewnym momencie latarnie pogasły. Ich żółte światła migotały jeszcze przez chwilę, ale po minucie zastąpiła je tylko ciemność.
Maur zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że coś jest bardzo nie w porządku dopiero w chwili, gdy wyczuł czyjąś obecność. To było po prostu działanie intuicji, coś jak swędzenie na karku, gdy ktoś długo się w ciebie wpatruje – Maur miał tak właśnie w tej chwili.
Odwrócił głowę do tyłu, ale w tej nieprzeniknionej ciemności nie widział nic, prócz kontur. Pusta (a przynajmniej tak mu się zdawało) ulica wcale go nie uspokoiła, więc przyśpieszył kroku. Nie był już młodzieniaszkiem, więc po dłuższej chwili zmęczenie dało mu się we znaki. Mimo to uparcie brnął dalej, wiedząc, że od domu dzieli go już tylko kilkadziesiąt metrów.
Bezpański kundel przeciął mu drogę pod stopami, przez co omal nie kopnął zwierzęcia. Maur złapał się za pierś i starając się unormować oddech, wszedł po schodach swojego domu. Światło dobiegające z okien kuchni jeszcze nigdy nie wydawało mu się tak ciepłe i przyjazne jak w tej chwili. Przygnębiająca atmosfera na ulicy mocno nim wstrząsnęła.
Starzec uśmiechnął się pokrzepiająco – wyobraził sobie, że jego małżonka drepcze już zdenerwowana od kuchni po salon – i odtworzył drzwi z domu.
— Mino, wróciłem! — zawołał, wchodząc. Zdjął w przedpokoju buty i założył pluszowe kapcie, na punkcie których Mina miała bzika. — Mino? — spytał zaniepokojony, gdy nikt mu nie odpowiedział.
Maur odstawił plecak na komodę pod ścianą, a następnie powoli ruszył w stronę kuchni. W jednej chwili znowu dopadło go to uczucie, że coś jest nie na swoim miejscu. Serce szybciej mu zabiło, miał wrażenie, że czuje jakiś dziwny, aczkolwiek przyjemny zapach (czyżby Mina kupiła pomarańcze?), żołądek podszedł mu do gardła, a…
…głos uwiązł. Bezdechu padł na podłogę, wpatrując się w ciało żony, leżącej w kałuży zupy – którą bez wątpienia przygotowała dla niego.
— Mi…
Psi warkot narastał w jego uszach. Światło zgasło, a kilka sekund później tak samo szybko i jego opuściło życie.

Huh, trochę długo to potrwało, ale rozdziały pewnie będą pojawiały się w dłuższych odstępach. :)
Poza tym jest prolog. Wcześniejsze preludium otwierało całą opowieść, ale część opublikowana teraz odnosi się do najbliższych pięciu, sześciu rozdziałów. :)
Dziękuję również za taki odzew pod poprzednią częścią. Jestem bardzo wdzięczna! ;*